sobota, 20 marca 2010

David Alaba

 

13 marzec 2010 roku (tydzień temu). Bayern na własnym stadionie podejmuje beniaminka z Freiburga. Goście niespodziewanie szybko strzelają gola. Bayern zaczyna się szamotać. Miota piłki niczym pociski w każdą stronę tylko nie w bramkę Freiburga. Goście w okolicach 60 minuty zaczynają panicznie bronić wyniku. Ich trener dokonuje zmian. Wystawia 3 defensywnych zawodników, którzy mają bronić wyniku. W samej końcówce Arjen Robben pokazuje, że nie bez powodu jest jednym z najlepszych piłkarzy świata i zdobywa dwie ważne bramki. Bayern wygrywa 2:1. Mija tydzień...

 

Bayern jedzie do Frankfurtu na spotkanie z Eintrachtem. Niespodziewanie goście strzelają szybko gola. Miroslav Klose zdobył swojego piątego (sic!) gola w sezonie w barwach Bayernu. Bawarczycy kontrolują przebieg meczu. Oddają inicjatywę. Zaczynają się stanowczo bronić. Eintracht zwietrzył szansę i bezustannie atakuje lewą stroną FCB, na której uroczo hasają skrzydłowy Danijel Pranjić, który stanowi ofensywną tandetę oraz obrońca, 17-letni David Alaba, który stanowi tandetę... defensywną. Trener Louis van Gaal w 60 minucie zdejmuje skrzydłowego i wprowadza trzeciego defensywnego pomocnika. Postanawia bronić skromnego 1:0. W samej końcówce gospodarze za sprawą dwóch karygodnych błędów Alaby w 120 sekund przechylają szalę zwycięstwa na swoją stronę...

 

Uderzające podobieństwo obu spotkań. Identyczna głupota trenerów Freiburga i Bayernu, ukarana niemal niemożliwymi porażkami. Rozpoczynanie zmasowanej obrony własnej bramki w okolicach już 60-70 minuty meczu zostało srogo ukarane. Nie dziwię się trenerowi Freiburga. On ma utrzymać drużynę w Bundeslidze. Ale LvG? Człowiek, który ma poprowadzić Bayern do potrójnej korony? Popełnić taki karygodny błąd?

 

Na nieszczęście trenera to nie był jedyny jego błąd. Od kilku spotkań z uporem maniaka ustawiał na lewej obronie, skrzydłowego Alabę. W spotkaniu z Eintrachtem młody Austriak najpier podał do swojego bramkarza tak tragicznie, że napastnik Eintrachtu przeciął podanie i z problemami wprawdzie, ale jednak - wpakował piłkę do bramki Bayernu. Nie minęło 120 sekund, a Alaba znowu zawalił. Niemal w narożniku pola bramkowego dał się "nawinąć" niczym naiwniak, a rywal bez problemów wpakował piłkę do bramki. Zdaję sobie sprawę, że Alaba to talent czystej wody. W przyszłości być może będzie wielkim zawodnikiem - następcą Ribery'ego i bawarską odpowiedzią na Messiego w Barcelonie ale na miłość boską to jest skrzydłowy!? Ustawianie go na lewej obronie jest samobójstwem. Mimo 17 lat jest już ukształtowanym piłkarzem i nie ma wpojonych jakichkolwiek odruchów obrońcy. Nawet najlepszy skrzydłowy świata - Messi - będzie prawdopodobnie marnym bocznym obrońcą, a co dopiero mówić o Alabie. Decyzja van Gaala jest tym bardziej niezrozumiała, że na ławce cały czas siedzi nominalny lewy obrońca Diego Contento. Trener wystawiał młokosa nie na swojej pozycji, no a ten załatwił mu dzisiaj 2 gole i przegrany mecz, który był już niemal wygrany. David musi nabierać doświadczenia, musi grać ale na swojej pozycji. Dzisiejszy mecz z Eintrachtem nie był pierwszym, w którym Austriak grał niepewnie. Sądzę, że w nastepnym meczu zagra już Contento. Starszy, bardziej doświadczony i przede wszystkim rasowy lewy obrońca.

 

Przegrywając niespodziewanie z Eintrachtem Bawarczycy popsuli sobie trochę sytuację w tabeli. Bayer ich nie wyprzedzi - poległ w Dortmundzie. Ale pozostaje jeszcze Schalke, które jutro jedzie do Hamburga. Bayern spotkaniem z Eintrachtem zakończył okres "łatwych pojedynków". Od teraz przez najblizszy miesiąc FCB gra co 3 dni rozgrywając same szlagiery. Już za 3 dni spotkanie z Schalke w półfinale Pucharu Niemiec (już od dawna w tych rozgrywkach nie było takiego szlagieru), za tydzień Bundesliga z odradzającym się VFB Stuttgart, 3 dni później na AllianzArena zjeżdża Manchester United w ramach Ligi Mistrzów. 72 godziny po pojedynku z mistrzem Anglii, odbędzie się spotkanie, które najprawdopodobniej zdecyduje o tym kto będzie mistrzem Niemiec - Bayern czy Schalke. Po meczu na szczycie w Bundeslidze, rewanż z Manchesterem i na końcu pojedynek w Leverkusen z trzecią siłą w Niemczech - Bayerem. 6 spotkań. 6 morderczych spotkań dla Bayernu. Jeśli pójdzie dobrze, Bawarczycy zachowają szansę na potrójną koronę (utrzymanie fotelu lidera Bundesligi, awans do finału Pucharu Niemiec, awans do półfinału Ligi Mistrzów). Jak pójdzie źle - Bayern drugi rok z rzędu nie wygra niczego. Adrenalina to jest to co zawodnicy FCB kochają najbardziej. Kiedy trzeba na serio zabrać się do roboty - piłkarze dokonują cudów. Taka jest mentalność tego klubu. Mam nadzieję, że piłkarze zajrzeli w terminarz i zrozumieją jakie mecze ich czekają.

 

Przez ten miesiąc Bayern potrzebuje wszystkich rąk na pokładzie. Martin Demichelis, Mario Gomez i Franck Ribery na szczęście wracają do składu po kontuzjach. Arjen Robben nadal trzyma wysoki poziom. Słowem trener ponownie będzie miał kłopot bogactwa. A to będzie bardzo ważne. Stary lis Felix Magath coś na pewno szykuje na dwumecz z Bayernem, nie mówiąc już o sir Alexie Fergusonie. Mam nadzieję, że trener van Gaal zidentyfikował tych dwóch panów. W tym momencie od konfrontacji z tymi dwoma dżentelmenami zależy sportowa przyszłość Bayernu.

 

Bayern Monachium jest ponownie w kryzysie. Nie ulega żadnym wątpliwościom. Po 2 miesiącach nieprawdopodobnej - matrixowej wręcz - gry, Bawarczycy złapali zadyszkę jak na początku sezonu. Spadek formy przez ostatni miesiąc zakrywało szczęście. Wygrane po błędach sędziów lub obrońców rywali. Błysk geniuszu pojedyńczych zawodników (Ribery, Robben) lub szczęśliwe - bo dające awans - porażki. Teraz szczęście opuściło Bayern. Dzisiaj drużyna przegrała w identyczny sposób jak wygrała tydzień temu (wiem, wiem to nielogicznie brzmi ale tak jest). Szczęście opuściło zespół, formy nie ma, do tego trener przedobrzył taktycznie z doborem piłkarzy. I to wszystko w najwazniejszym dla Bayernu momencie sezonu. Tylko jedna rzecz się nie zmienia w Monachijczykach od dawien dawna. Obrona. Były już potworne błędy Demichelisa, van Buytena czy Butta. Dziś doszły dwa wielkie błędy Alaby. Dodatkowo rywale wyczuli, że jest niepewny w obronie i praktycznie każdą akcję przeprowadzali jego stroną. Z formacji obronnej już tylko Philipp Lahm nie sprokurował własną osobą utraty przez drużynę gola. Oj nie za dobrze to wygląda. I to jeszcze w takim momencie sezonu.

 

Louis van Gaal

 

foto: tz-online.de

 

piątek, 19 marca 2010

Manchester United

 

Oczekując na losowanie par ćwierćfinałowych Ligi Mistrzów miałem tylko jedno marzenie: uniknąć, niektórych wybitnych napastników rywali. Didier Drogba (już odpadł wprawdzie), Zlatan Ibrahimović czy Samuel Eto'o to snajperzy kompletni. Bardzo silni, uwielbiający dryblingi, szybkość czy grę głową. Przy obecnej obronie Bayernu, która spośród całej ósemki ćwierćfinalistów jest najsłabsza (9 straconych goli) - zaraz po obronie CSKA - wydawało mi się ogromnym szaleństwem przeciwstawiać jej napastnika niemal doskonałego. Pech chciał, że Bayern trafił jeszcze gorzej...

 

Wayne Rooney to prawdopodobnie najlepszy obecnie napastnik świata. Człowiek, który nigdy się nie męczy, szybki, dryblujący między rywalami niczym między tyczkami, nieprawdopodobnie silny. Po 9 latach przerwy Bayern ponownie skrzyżuje rękawice z jego drużyną - Manchesterem United. Ostatnim razem gdy obie drużyny się spotkały to Bawarczycy zwyciężyli dwumecz 3:1 torując sobie drogę do półfinału i finału, by ostatecznie po raz czwarty zdobyć Puchar Europy. Oczywiście pojedynki Bawarczyków z Czerwonymi Diabłami już do końca piłkarskiego świata będą naznaczone. W 1999 r. wydarzyła się jedna z najczerniejszych chwil w historii FCB. Stała się wtedy rzecz straszna, która niejako z miejsca wdarła się w DNA Bayernu jako wielka trauma. W ówczesnym finale Ligi Mistrzów w Barcelonie Bawarczycy zmierzyli się z Manchesterem. Przez dłuższy okres gry prowadzili 1:0, obijali niemiłosiernie bramkę rywala, a mimo to przegrali w doliczonym czasie gry tracąc 2 bramki. Niby 2 lata później Bayern wziął rewanż na rywalu ale czym jest wygrany marny ćwierćfinał wobec utraty Pucharu Europy w ostatniej chwili?

 

Od 2001 roku Manchester więcej nie wchodził w drogę Bayernowi. Aż do lipca roku 2009. W ramach przedsezonowych przygotowań obu drużyn rozegrano sparing w ramach Audi Cup. Po słabym remisie 0:0 Bawarczycy zwyciężyli w karnych. Oczekując losowania chciałem uniknąć wielkiego rywala, który jest na fali, a jego napastnik niszczy obrońców niczym tsunami. Aż mnie ciarki przechodzą na myśl walki Daniela van Buytena i Martina Demichelisa z Rooney'em. Obawiam się, że Anglik samym podmuchem wiatru będzie przewracał bawarskich stoperów, nie mówiąc już o sile, technice i szybkości. W tym sezonie obrona FCB bywała juz wiele razy ośmieszana, jednakże teraz nadejdzie prawdziwy test.

 

Oczywiście Manchester United nie byłby sobą gdyby nie posiadał także pary perfekcyjnych stoperów (prawdopodobnie najlepszej na świecie): Vidić - Ferdinand. Martwi to szczególnie w obliczu tego, że wszyscy czterej napastnicy Bayernu są delikatnie rzecz ujmując bez jakiejkolwiek formy. Atletyczni herosi z Old Trafford niczym niezwyciężona armia pną się w górę każdej tabeli/drabinki w której występują. Teraz przyszło im zawalczyć o półfinał Ligi Mistrzów z Bayernem. Wszystko wskazuje, że Bawarczycy są postawieni na straconej pozycji. Dziurawa obrona, rażący nieksutecznością atak, rewanż w Anglii, zawieszenie za kartki w pierwszym meczu Bastiana Schweinsteigera czyli jedynego człowieka w drużynie, który ma jako takie pojęcie o rozgrywaniu piłki. Słowem Bayern nie ma prawa awansować do półfinału.

 

Jest jednak trochę nadziei w tej angielsko-niemieckiej rywalizacji. Niewątpliwie skrzydłowi. Nani i Valencia to świetni skrzydłowi ale mimo wszystko są półkę niżej niż Ribery i Robben. Anglicy kochają ofensywną grę. To nie są Włosi - mistrzowie defensywnej gry. Nie ulega żadnym wątpliwościom, że w spotkaniu z Bayernem to Anglicy będą prowadzić atak pozycyjny, natomiast Bayern będzie wyczekiwał cierpliwie na kontry. Tutaj zarówno Robben jak i Ribery będą mieć największe pole do popisu. Dzięki swojej szybkości i technice błyskawicznie będą mogli przetransportować piłkę spod swojego pola karnego, pod pole karne rywala. Druga sprawa pozwalająca wierzyć w awans to duma i ambicja Bayernu. Nie wiem jak to się dziej ale zawsze gdy Bawarczycy spotykają rywala potężniejszego od siebie i gdy mają nóż na gardle to zawsze gdzieś w podświadomości odblokowują niedodstępny normalnie poziom własnych umiejętności, niedostępny w normalnych starciach. Tak było w epickich pojedynkach z Realem Madryt na przestrzeni ostatnich 10 lat, tak było w zwycięskim ćwierćfinale z Manchesterem 9 lat temu, tak było z Juventusem 4 miesiące temu etc. W beznadziejnych starciach z największymi, Bawarczycy wydobywają z siebie zawsze dodatkową moc i ambicję jakby zniechęceni ciągłymi pojedynkami z "plebsem", rozpiszczani walką na nizinach, gdy nadchodzi odpowiedni moment walki z arystokratyczną czołówką Europy w sytuacjach beznadziejnych, rozumieją z kim idzie walczyć i uruchamiają swój szósty zmysł.

 

Wierzę, że tak właśnie będzie w spotkaniu z Rooney'em i spółką. Przez ostatnie 2 sezony Bayern kończył europejskie rozgrywki hańbiąc swoje dobre imię. 0:4 z Zenitem i 0:4 z Barceloną chwały nie przyniosły. Sądzę, że nadeszła odpowiednia pora aby odpokutować te zawstydzające klęski. Jak nie teraz to kiedy? Jak nie z Manchesterem to z kim? Bezapelacyjnie spotkanie z Mistrzami Anglii jest dla Bayernu pojedynkiem sezonu. Pokonać obecny numer 2 w Europie? Byłoby fascynującym wydarzeniem.

 

Dla postronnego obserwatora wydaje się szaleństwem wierzyć w zabobony w walce z piłkarskim terminatorem z Anglii. Jednak dla kogoś znającego dzieje Bayernu wydaje się to logicznym argumentem. W sytuacjach nadzwyczajnych, od czasu do czasu Bayern potrafi rozprawić się z nawet największym rywalem i to wbrew logice.

 

foto: źródło nieznane

 

23:20, footballtrocky , Bayern Monachium
Link Komentarze (3) »
sobota, 13 marca 2010

Arjen Robben

 

Ciekaw jestem czy niejaki Florentino Perez obserwuje ostatnimi czasy co w Monachium wyprawia człowiek, którego tak łatwo pozbył się końcem sierpnia po okazyjnej cenie 25 mln euro? A racja zapomniałem - pewnie drapie się w głowę, dlaczego Galacticos 2.0 kolejny raz nie awansowali do 1/4 finału Ligi Mistrzów. Z momentem transferu Arjena Robbena do Bayernu przepowiadano, że dla Holendra to krok w tył w sportowej karierze, a tutaj proszę Robben pierwszy raz od czasów gry w Chelsea powącha ćwierćfinałową murawę Ligi Mistrzów i wsłucha się pewnie także po raz pierwszy od 3 lat w hymn LM, który w ćwierćfinale brzmi jakby nieco inaczej. Mało tego w przeciwieństwie do swojego poprzedniego klubu w połowie marca nadal ma szansę na potrójną koronę. Dziś Bayern uczynił ku temu kolejny realny krok. Wróć - sam Robben uczynił. Oczywiście troszkę szydzę z Realu Madryt (któż tego nie robi teraz) ale mam do tego solidne podstawy. W końcu jeden z jego zawodników musiał odejść właśnie do Bayernu aby zrobić miejsce dla kolejnych hiper-super-mega galaktycznych. Ale do rzeczy.

 

Zwycięstwo Bayernu z Freiburgiem na AllianzArena miało być ciche, szybkie i bezbolesne. Przedostatnia drużyna Bundesligi miała jeszcze dobrze nie wyjść z podziemi stadionu, a już oczekiwano, że będzie szukać drogi powrotnej do autobusu. Rzeczywistość okazała się zupełnie inna. Najpierw trener Louis van Gaal miał problemy ze skompletowaniem wyjściowej 11. Bastian Schweinsteiger został zawieszony na jedno spotkanie za zgromadzenie 5 żółtych kartek. Mario Gomez i Martin Demichelis mają kilkutygodniowe kontuzje, Hamit Altintop jest chory, a Franck Ribery dostał wolne po wyczerpującym spotkaniu z Fiorentiną. Taki obrót wypadków zmusił LvG do oddelegowania do gry w pierwszym składzie Miroslava Klose, Danijela Pranjicia oraz Davida Alabę. Ale to nie był koniec problemów. Plaga kartkowo-urazowych zawieszeń spowodowało, że na ławce rezerwowych zasiadło jedynie 5 ludzi: Michael Rensing, Andreas Goerlitz, Mehmet Ekici, Anatolij Tymoszczuk oraz nie w pełni jeszcze sprawny Diego Contento. Wakaty na ławce rezerwowych tak mocno raziły w oczy, że nawet realizator transmisji uległ optycznemu złudzeniu zbyt dużej wolnej przestrzeni i umieścił na niej Gomeza, który kontuzjowany siedział wysoko na trybunach.

 

Tak więc od początku było wiadomo, że jedenastka oddelegowana do gry bez jakichkolwiek zmian musi dotrwać do końca spotkania. Na ławce nie było odpowiednich zmienników. Bayern standardowo jak ma to w zwyczaju kolejny raz w tym sezonie, sprokurował utratę gola na własne życzenie. Freiburg niespodziewanie zdobył szybko gola, który poszedł na konto Alaby (co lewy obrońca robi w prawym narożniku własnego pola karnego?). Akurat jemu mogę to wybaczyć. Ma 17 lat, do tego jest skrzydłowym, 4 dni temu zadebiutował w wyjściowej jedenastce seniorskiego Bayernu. Ale co cała obrona jako cała formacja robiła przy utracie gola w prawym narożniku pola karnego? Przypuszczam, że Bawarczycy bez straty gola nie zakończą już żadnego meczu do końca sezonu (8 spotkań w Bundeslidze, minimum 1 mecz w Pucharze Niemiec oraz minimum 2 w Lidze Mistrzów). Bayern, który od lat to właśnie obronę miał najsilniejszą, stawianą za wzór innym drużynom. Lizarazu, Linke, Kovać, Lucio, Sagnol, Kuffour, Kahn i spółka gdyby zobaczyli co wyprawia - praktycznie w każdym spotkaniu - blok obronny FCB, kazaliby pewnie wychłostać obecnych obrońców.

 

Stracona bramka zamiast rozjuszyć Bawarczyków i zmusić ich do ataku, zmusiła jedynie do przeprowadzania gry w myśl pewnego schematu (taktycznego??). Otóż obrońcy po chwilowej wymianie podań (tak aby wszyscy - czasem łącznie z Buttem - mogli kopnąć piłkę) odgrywali ją do dwóch defensywnych pomocników Pranjić - van Bommel. Ci po szybkim rekonesansie albo z pierwszej piłki (van Bommel) albo po dwóch kółeczkach z piłką (Pranjić) oddawali ją do obrony. I zabawa szła od nowa. I tak przez jakieś 60 minut. Komentator Eurosportu 2 dobrze powiedział, że to nie była gra od jednej bramki do drugiej ale jedynie gra wszerz boiska (od jednej linii autowej do drugiej - na połowie Bawarczyków). Po tym meczu nabrałem całkowitego już przekonania, że Pranjić to kolejna pomyłka transferowa klubu jeśli idzie o letnie okienko transferowe. Nie mogę pojąć jak 170 cm piłkarz, będący raczej szybkim zawodnikiem (w końcu to skrzydłowy) i mający jakiekolwiek pojęcie o technice (na pewno większe niż van Bommel czy Tymoszczuk) może tak notorycznie oddawać piłkę do defensywy. Ba, momentami zajmując miejsce w jej szeregach. Aż raziło w oczy gdy Chorwat cofał się aż do linii obu stoperów. Zero jakiejkolwiek weny twórczej co zrobić z piłką, jak zainicjować akcję ofensywną jak uruchomić skrzydłowych, napastników. Nie wiem co trener planuje z Pranjiciem ale jak dla mnie ten może sobie wracać do Eredivisie. Tylko kataklizm zmusiłby LvG do tego aby jeszcze raz w tym sezonie posłał małego Chorwata na plac boju.

 

Kiedy cała drużyna prezentowała coraz obficiej obraz nędzy i rozpaczy, kiedy zanosiło się, że Bayern przegra pierwszy raz od września w Bundeslidze, kiedy wydawało się, że liderowanie w tabeli się oddala - dał o sobie znać człowiek, który ostatnimi czasy jest jednoosobowym oddziałem specjalnym w barwach FCB. Jeden z szóstki wyklętych w Realu Holendrów, w piękny sposób spłaca grube miliony wydane na niego przez nowy klub. Kilka dni temu własnymi nogami wepchnął w ostatniej chwili wózek "Bayern Monachium" do windy opuszczającej piętro o nazwie "1/8 finału Ligi Mistrzów" i wyruszającej piętro wyżej. Dzisiaj jednoosobowo zmienił w końcówce meczu wynik z 0:1 na 2:1. Najpierw świetnie uderzył piłkę z rzutu wolnego, a potem poprawił z rzutu karnego. To sprawiło, że w tym momencie skrzydłowy Robben jest obok napastnika Gomeza najskuteczniejszym Bawarczykiem w Bundeslidze z liczbą 10 strzelonych bramek. A trzeba podkreślić, że potrzebował na to mniej minut na boisku (zakupiono go tuż przed czwartą kolejką Bundesligi, potem przez kilka tygodni pauzował kontuzjowany) niż Mario. Arjen Robben jest w kosmicznej formie. W tym sezonie cały Bayern jest ustawiany pod niego. Strzela bramki, asystuje kolegom, świetnie wykonuje rzuty wolne, karne, rożne. Biega jak szalony, bierze na siebie odpowiedzialność w krytycznych momentach. Identycznie jak Ribery w poprzednich dwóch sezonach. Franck często powtarzał, że chciałby aby działacze zakupili kogoś do pomocy dla niego. Chyba nie przypuszczał jednak, że działacze zakupią jego brata bliźniaka.

 

Bayern wyraźnie dołuje. Od katastrofy wyraźnie ratują drużynę albo błędy sędziów, albo błędy rywali albo Robben. Bawarczycy spuścili z tonu. Grają słabo, bez polotu, bez ładu i składu. Bez jakiejkolwiek koncepcji. Mimo to wygrywają kolejne spotkania, ciągle pną się po szczebelkach kolejnych rund, czasem rzucając "wygłodniałym" kibicom garścią fajerwerków technicznych swoich indywidualności (głównie Robbena i Ribery'ego). Jeśli tylko drużyna przetrwa ten trawiący ją od miesiąca kryzys i wyjdzie na prostą nie ponosząc żadnych, nieodwracalnych strat w Bundeslidze, Pucharze Niemiec i Lidze Mistrzów to sezon będzie można uznać na końcu za bardzo obfity. Do tego czasu trzeba się modlić o zdrowie Robbena, który od połowy grudnia nie wie co to znaczy określenie "kontuzja" (odpukać w niemalowane).

 

Dla Bawarczyków sezon zaczyna wkraczać w decydującą fazę. Za tydzień na ostatnie "łatwiejsze" spotkanie z Eintrachtem Frankfurt powrócą już do składu Ribery, Schweinsteiger, Contento i Altintop. Po meczu z Eintrachtem żarty się zakończą. Bayern będzie walczył z odradzającym się Stuttgartem. Potem w dwóch podejściach (Puchar Niemiec oraz tydzień później Bundesliga) będzie toczyć bój z Schalke o dublet na krajowym podwórku, a kilka dni później będzie bić się z Bayerem w lidze. A wszystko będzie "doprawione" dwoma pojedynkami o półfinał Ligi Mistrzów z drużyną z najwyższej europejskiej czołówki (póki co rywal nieznany). Do tego czasu powinni już wrócić ostatni rekonwalescenci i LvG powinien mieć ponownie kłopot bogactwa. Dopiero po tych spotkaniach (czyli za niecały miesiąc) Bawarczycy mogą odetchnąć.

 

Arjen Robben

 

foto: fcbayern.de, tz-online.de

 

 

23:50, footballtrocky , Bayern Monachium
Link Komentarze (2) »
środa, 10 marca 2010

Champions League

 

Wprawdzie Fiorentina pokonała w rewanżu 1/8 finału Ligi Mistrzów Bayern 3:2 to jednak Bawarczycy meldują się kolejny raz w gronie najlepszych 8 klubów Europy. Styl, w którym to jednak zrobili nie napawa optymizmem. Kolejny już raz widać było utarty przez miesiące schemat w grze Bayernu: co cierpiąca na piłkarskie upośledzenie obrona (głównie para niedorozwiniętych stoperów van Buyten-Demichelis) zepsuje, to fenomenalna ofensywa musi potem naprawiać. Zabójcze tempo, które środkowi obrońcy narzucili głównie skrzydłowym powoduje, że Arjen Robben i Franck Ribery muszą gonić niemal na złamanie karku aby uratować los drużyny. Tak wiem wiem, po to zakupiono ich za 50 mln euro aby to właśnie czynili ale na litość boską takie błędy w obronie to nie popełniają nawet chłopaki pół-amatorzy z polskiej IV ligi! Obecnie obrona Bayernu jest pośmiewiskiem w całej piłkarskiej Europie od Lizbony po Kazań.

 

Żeby była jasność styl w jakim Bayern zapewnił sobie awans do ćwierćfinału, delikatnie to ujmując nie zadowala mnie. I nie chodzi o to, że Bayern wygrał pierwszy mecz po 2-metrowym  spalonym Miroslava Klose. Ciągle oszukujący Włosi (i nie mniej zawistni Polacy) nie dopuszczą do siebie myśli, że wczoraj gol bodaj na 2:0 dla Fiorentiny był zdobyty ze spalonego, który choć nie był tak widowiskowy jak spalony Klose to jednak spalonym był. Druga kwestia, że wczorajszego wieczoru sędzia odebrał być może Bayernowi jednego gola gdy na sytuację sam na sam z bramkarzem wychodził... Klose, a sędzia odgwizdał niesłusznego spalonego. Jak pokazały telewizyjne powtórki o spalonym nie mogło być mowy, bo na tej pozycji był Mueller, który jednak nie brał udziału w akcji. Można gdybać, że sytuacja sam na sam to jeszcze nie gol ale pytam się ile procent szansy daje się na wykorzystanie takiej sytuacji snajperowi, a ile bramkarzowi na obronę?

 

Fiorentina zrobiła co do niej należało, a nawet 300% więcej. Skoro w dwumeczu przeciętna (w tym sezonie) włoska drużyna strzela Bayernowi 4 gole to rywal czekający na Bawarczyków w ćwierćfinale (Arsenal, Manchester Utd., Chelsea, Barcelona, Sevilla, Real czy Bordeaux) zrobi im - za przeproszeniem - z dupy, jesień średniowiecza. Jak sobie pomyślę o pojedynku 1 vs. 1 van Buytena z Drogbą, Rooney'em czy Ibrahimoviciem to mnie ciarki przechodzą od czubka nosa po palce u stóp. Bayern doszedł do ćwierćfinału, spełnił coroczny cel minimum, który jest dodatkiem do obowiązkowego krajowego dubletu. Dodatkowo od niepamiętnych czasów wyciął w pień dwóch przedstawicieli Serie A w Lidze Mistrzów (Juventus, Fiorentina) co ma kluczowe znaczenie w kwestii rankingu krajowych federacji Uefa, w którym Bundesliga jest już ciut ciut za Serie A i właśnie szykuje się do ostatecznego szturmu na czwarte miejsce w Lidze Mistrzów. Do tej pory pytanie brzmiało czy Bundesliga jest już na tyle silna aby zabrać wreszcie Serie A jedno miejsce w LM? Obecnie pytanie brzmi nie "czy" ale "kiedy" Niemcy tego dokonają. Teraz jest to już nieuniknione nawet dla kibiców Calcio i pozostaje kwestią czasu kiedy to nastąpi. Tym bardziej cieszy, że Bayern własnoręcznie zadusił dwóch włoskich rywali.

 

Nie ma żadnych wątpliwości, że na kogo Bawarczycy nie trafią w 1/4 finału to będą mieć ciężką przeprawę. Z taką obroną ćwierćfinał LM to maksimum. Robben i Ribery to nie cyborgi zaprogramowane na sprawianie cudów. A i jak pokazała Fiorentina, rywale już znają sposób na Bayern - wystarczy poświęcić 4 swoich ludzi do krycia Robbery i Bayern nie jest groźny w ofensywie. Violi niemal się to udało, spuściła z oczu Robbena dosłownie na kilka sekund, a ten pognał pod pole karne i zdobył gola, który był unbelievable. Nieustannie podawał partnerom piłkę, a ci robili z nią wszystko tylko nie atakowali. Więc zdenerwowany wziął ciężar gry na siebie i osobiście rozstrzygnął losy awansu. Warto podkreślić, że strzał kapitana Marka van Bommela też był przedniej urody. Nie na siłę, nie Panu Bogu w okno ale z pierwszej piłki, bez przyjęcia, niezbyt mocno, w miejsce, którego bramkarz nie mógł dosięgnąć. Także podanie Ribery'ego w tej akcji (w sposób perfekcyjny zakręcił piłkę tak mocno, że jej tor lotu został w sposób nieprawdopodobny zakrzywiony: piękna soczysta parabola) oraz przytomne zachowanie Thomasa Muellera (który bardzo ładnie przepuścił piłkę) były warte odnotowania. Wszystko wyglądało niczym dopracowane na treningu.

 

Po początkowych problemach Bawarczycy pokonują kolejne szczeble sezonu zgodnie z planem. Na 9 kolejek przed końcem są liderem Bundesligi z 2 punktami przewagi, w Pucharze Niemiec dotarli do półfinału, zaś w Lidze Mistrzów są już w ćwierćfinale. Tylko w tych ostatnich rozgrywkach jest jeden problem. Od 9 lat Bayern nie zaznał smaku półfinału. W przeciągu tych 9 sezonów Bawarczycy po raz piąty zameldowali się w ćwierćfinale, 2 razy odpadali już w 1/8 finału, raz nie wyszli z grupy oraz raz nie zakwalifikowali się w ogóle do Ligi Mistrzów. Real Madryt ma swoje bardzo bolesne 6 lat bez ćwierćfinału, jak widać Bayern ma nie mniej bolesne 9 lat bez półfinału. Serce każe mi wierzyć, że ten cholerny półfinał w końcu zostanie zdobyty, rozum zaś podpowiada, że z takim blokiem defensywnym byłaby to profanacja piłki nożnej. Póki co trzeba się delektować najlepszymi skrzydłami świata, które skrupulatnie zaczynają udowadniać swoją wartość. Najpierw błysk geniuszu Ribery'ego zapewnił Bayernowi upragniony fotel lidera w Bundeslidze, a teraz błysk geniuszu Robbena dał Bayernowi ćwierćfinał Ligi Mistrzów. Jak on wsadził tę piłkę w samo okienko? Nie mam pojęcia.

 

Arjen Robben

 

foto: własne, kicker

 

 

12:17, footballtrocky , Bayern Monachium
Link Komentarze (2) »
niedziela, 07 marca 2010

Breno

 

Dopiero co pisałem o młodzieży, która w sposób bezpardonowy bierze szturmem skład Bayernu, mając przed sobą ogromne perspektywy, a już okazuje się, że dwójka młodzieńców tych perspektyw jest pozbawiona. Breno i Diego Contento w przeciągu 24 godzin doznali bardzo groźnie wyglądających urazów. Najpierw Contento w spotkaniu Köln z Bayernem doznał urazu kolana, a potem Brazylijczyk w spotkaniu Nürnberg - Bayer prawdopodobnie zerwał więzadła krzyżowe.

 

Choć dokładne diagnozy lekarskie będą dopiero na dniach, to jednak już teraz jest mi strasznie szkoda obu zawodników. Contento, którego uraz wydaje się mniej groźny (choć schodził z boiska przy znacznej pomocy sztabu medycznego Bayernu, dość mocno utykając) traci właśnie ogromną szansę pokazania się trenerowi i być może wywalczenia sobie miejsca na lewej stronie obrony pod nieobecność Demichelisa. Od kilku spotkań Diego jest stałym elementem Bayernu Louisa van Gaala, za kilka dni Bayern walczy z przedstawicielem kraju, z którego pochodzi (Fiorentina), a tutaj taki uraz. W takiej chwili. Niby może szybciutko do składu wrócić już za tydzień na Freiburg, jednak czuję, że to może być coś poważniejszego i przez najbliższe kilka tygodni wspólnie z Demichelisem będą jedynie odwiedzać sztab medyczny przy Saebener Strasse 51. W takim klubie jak Bayern drugiej okazji do pokazania się może już nie być. Trzeba czekać na odpowiedni moment, a gdy ten się nadarzy trzeba pokazać całe 110% własnych umiejętności. Jedynie ciężka kontuzja może wszystko popsuć. Mam gorącą nadzieję, że ten uraz okaże się drobnostką i Diego wróci szybko do składu nie tylko dlatego, że go bardzo lubię i wspieram ale też dlatego, że jest jedynym lewym obrońcą w klubie! Do momentu jego powrotu van Gaal ponownie będzie zmuszony do prowizorki.

 

Drugi kontuzjowany - Breno - wprawdzie wypożyczony z klubu i walczący ze swoją drużyną jedynie o utrzymanie w Bundeslidze doznał urazu poważniejszego. Jeśli na dniach pierwsze wstępne prognozy się potwierdzą to 20-latek dostanie pół roku wolnego od piłki. To by oznaczało, że kolejny trzeci już sezon Breno w Bayernie zakończy się porażką. Straci resztę obecnego sezonu oraz okres przygotowawczy do kolejnego (Breno w lipcu wraca do Bayernu). W takiej sytuacji podobnie jak przy długoterminowej kontuzji Contento Bayern może być zmuszony zakupić latem stopera oraz lewego obrońcę. Wszystko zapewne będzie uzależnione od tego co w przypadku obu piłkarzy powiedzą lekarze. Choć mocno wierzę, że te kontuzje to niegroźne urazy to jednakże boję się co będzie jak spełni się scenariusz najgorszy?

 

Kontuzje Breno i Contento przypomniały mi dzisiaj o jednym: Arjen Robben. Zafascynowany jego ostatnimi wyczynami na zielonej murawie zapomniałem na śmierć o jego największej wadzie: podatności na kontuzje. Arjen już bardzo długi czas wytrzymuje bez jakichkolwiek urazów, a zegar bezustannie tyka. Nie chcę krakać ale boję się, że czas jego urazu bardzo szybko nadchodzi. Od połowy grudnia Holender nie zaliczył żadnej kontuzji, czarując nie tylko w Bundeslidze. Jego karty chorobowej z PSV, Chelsea i Realu nie widziałem, więc nie wiem z jaką częstotliwością łapał urazy ale rozegrać pół roku na maksymalnych światowych obrotach to dla "szklanego" Robbena jak do tej pory mission impossible.

 

Wydaje mi się, że trener van Gaal podziela moje obawy. Wolał zostawić rodaka w domu w Monachium i poświęcić przez to 2 punkty w Kolonii niż ryzykować uraz skrzydłowego. Identycznie Ribery. To przez nieobecność obu w pierwszym składzie Bayern zremisował ze słabiutką Kolonią 1:1 i przez chwilę drżał o fotel lidera Bundesligi. Robben poza składem, Ribery zaliczający z ławki rezerwowych 35 minut, 1 pkt przywieziony z niezbyt trudnego terenu. Nie trzeba nikomu specjalnie artykułować, że Bayern szykuje się do bitwy. Bitwy o awans do ćwierćfinału Ligi Mistrzów. Nadal dosyć mocno obijana z każdej strony Fiorentina, podejmie tym razem na swoim boisku Bawarczyków. Włosi, którzy w przyszłym sezonie prawdopodobnie nie zagrają nawet w Lidze Europejskiej, a w Pucharze Włoch na przeszkodzie mają pancerny oddział z Mediolanu - Inter, jedynie w Lidze Mistrzów mogą coś jeszcze ugrać. Ludzie Fiorentiny podkreślają, że dla klubu wtorkowy mecz z Bayernem będzie meczem sezonu, zaś awans do najlepszej ósemki Europy będzie sukcesem historycznym. Dla Bayernu ćwierćfinał to jedynie cel minimum stanowiący obowiązkowy dodatek do krajowego dubletu.

 

Trener van Gaal nawet w najbardziej gorącym momencie umiejętnie szafuje siłami. Widać w jego poczynaniach ogromny spokój i doświadczenie. Wydaje mi się, że jeśli wygrało się w klubowej piłce nożnej absolutnie wszystko jako trener, to widzi się z czasem rzeczy, szczegóły, których inni nie dostrzegają. Przykład? Schodzi kontuzjowany ostatni lewy obrońca w drużynie 19-letni Contento i kto powinien za niego wejść? 100% ludzi FCB (w tym ja) obstawia: Danijel Pranjić, który od biedy grał na tej pozycji jeszcze w Eredivisie. Co natomiast robi LvG? Wpuszcza na boisko 17-letniego skrzydłowego. Smarkacz David Alaba staje się tym samym najmłodszym podlotkiem w 110-letniej historii całego Bayernu, który kiedykolwiek kopał piłkę z zawodowcami w Bundeslidze (poprawił nieznacznie poprzedni rekord Toniego Kroosa). Ciekawe kto zajmie pozycję na lewej obronie w spotkaniu z Fiorentiną? Alaba? Pranjić? A może jeszcze ktoś inny?

 

Po remisie Bawarczyków 1:1 oraz po klęsce Bayeru 2:3 (pierwsza porażka w tym sezonie) Bayern powiększył przewagę w tabeli nad Aptekarzami do 3 pkt. Niespodziewanie jednak na horyzoncie pojawił się nowy wróg: Schalke. Felix Magath ten trenerski cwany lis szykuje się prawdopodobnie do kolejnego starcia z Bayernem. Jako trener Wolfsburga zrobił z Bawarczyków miazgę, która przeszła do historii Bundesligi (pamiętne 5:1 oraz bezczelna bramka roku Grafite zdobyta piętą), a także zabrał Bawarczykom mistrzowską paterę. Teraz będzie miał aż dwie okazje. Najpierw za 2 tygodnie w półfinale Pucharu Niemiec, a potem kilka dni później w Bundeslidze. W sumie Schalke dwukrotnie podejmie Bayern na własnym stadionie VeltinsArena. Wydaje się, że to właśnie między Bayernem i Schalke rozegra się walka o mistrzostwo Niemiec oraz o Puchar Niemiec (śmiem twierdzić, że zwycięzca półfinału Schalke - Bayern zgarnie Puchar Niemiec). Bayer dosyć długo utrzymywał się na szczycie ale teraz siły zaczną uchodzić z młodziutkiej drużyny. Nie dość, że Bayer w najbliższym czasie ma za rywali samą czołówkę ligi (HSV, Borussia Dortmund, Schalke, Eintracht, Bayern, Stuttgart) to jeszcze w najbliższym spotkaniu z HSV nie zagra zawieszony za kartki mózg drużyny Kroos bez którego wiedzy w środku pola Bayeru, nawet mucha nie może przelecieć.

 

Najpierw Fiorentina, potem dwumecz z Schalke o dublet, a na końcu być może ćwierćfinał Ligi Mistrzów. Taka perspektywa sprawia, że trener van Gaal (podobnie jak ja) nie życzy już sobie żadnych kontuzji w drużynie (a te, które już są okażą się niegroźne). Jeśli jednak to się nie uda, to jestem pewien, że wyciągnie z kapelusza kolejnego nieznanego światu młokosa mówiąc: "mam do niego pełne zaufanie". Nieważne czy to będą ostatnie kolejki Bundesligi, finał Pucharu Niemiec w Berlinie czy też ćwierćfinał Ligi Mistrzów z Manchesterem United.

 

Diego Contento

 

foto: kicker, tz-online.de

 

21:54, footballtrocky , Bayern Monachium
Link Komentarze (2) »
piątek, 05 marca 2010

Młodzież nadciąga

 

Nie ulega żadnym wątpliwościom, że każdy kto obserwuje w ostatnim czasie Bayern Monachium zauważa zmianę pokoleniową. Wymiana generacji nastąpiła i następuje nadal pełną parą. Niezależnie czy Louis van Gaal zostanie w Bayernie na lata (ostatnio coraz częściej przebąkuje o "stołku" selekcjonera reprezentacji Niemiec), niezależnie czy wygra kilka razy mistrzostwo Niemiec oraz niezależnie czy spełni cel nadrzędny Bayernu - zdobędzie piąty Puchar Europy, to zostanie zapamiętany z jednego wielkiego osiągnięcia. Młodzieży.

 

Znak rozpoznawczy LvG w Europie. Do szerokiego grona gołowąsów Ajaxu (Kluivert, van der Sar, Seedorf, Davids, bracia de Boer etc.), Barcelony (Puyol, Xavi, Iniesta) czy AZ Alkmaar (Schaars) teraz dołączają niemal hurtowo ich odpowiednicy z Bayernu (Mueller, Badstuber, Contento etc.). Holender ma nadprzyrodzoną zdolność zamieniania młodych chłopców, którzy nie znają jeszcze tak do końca takich pojęć jak "maszynka do golenia" czy "prawo jazdy" na piłkarskich zabijaków pełną gębą. Nie robi tego przy tym jak ortodoks Arsene Wenger czyli nie prezentuje drużynie natychmiastowej kuracji odmładzającej w trybie eksternistycznym. Wprowadzając młodych zawodników do składu, zachowuje proporcje. Młodzi mają się uczyć od starszych kolegów doświadczenia i boiskowego cwaniactwa, zaś "seniorzy" mają czuć na plecach oddech bardziej żwawych "juniorów". W ten sposób koło napędowa drużyny obraca się pełną parą cały czas, zaś granica, w której młodzieńcy przechodzą w stan dorosłości jest ciężka do uchwycenia nawet dla wytrawnych znawców.

 

Z momentem przyjścia do Bayernu w lipcu, van Gaal postawił stanowczo na dwóch pierwszych młokosów - Thomasa Muellera i Holgera Badstubera. Pierwszy zaczął uzupełniać poczet wielkich niemieckich Muellerów (Gerd, Dieter, Hansi), zaś drugi na tyle przestraszył wielkiego Lucio, że ten uciekł na drugą stronę Alp, dokładnie do Mediolanu. Van Gaal stawia na nich od 9 miesięcy bardzo konsekwentnie. Niezależnie czy popełniają błędy czy też zaliczają mocny spadek formy (jak np. teraz Mueller) to trener jest ich oparciem. Daje im poczucie stabilności. Jest jak surowy acz sprawiedliwy ojciec. Twardo trzyma w ryzach obu, nie pozwalając im zachłysnąć się wielkim światem i wielkimi pieniędzmi, które od niedawna dostają od Bayernu w ramach podwyżki. Jeden odpowiada za siłę ofensywną, drugi jest podporą obrony Bayernu (ciekawe, że to młodzieniaszek Badstuber prezentuje najrówniejszy poziom ze wszystkich 3 stoperów Bayernu). Obaj mają po 20 lat, jeden z nich już debiutował w seniorskiej reprezentacji Niemiec (Thomas - przedwczoraj w spotkaniu Niemcy - Argentyna), a drugi zaczyna być tematem plotek transferowych hiszpańskich brukowców. Historie tych obu panów znają niemal wszyscy kibice w Europie. To są zamierzone i celowe efekty działań jajogłowego, taktycznego guru rodem z Holandii. Dziwnym zbiegiem okoliczności nie są to jednak jedyni młodzieńcy, którzy zaczynają odgrywać znaczącą rolę.

 

Od początku sezonu, niemal równolegle do poczynań kolegów z Bayernu, Bundesligę czaruje inny młodzieniec. Znajdujący się na chwilowej banicji w Leverkusen Toni Kroos, zdecydowanie zmierza po tytuł najlepszego piłkarza Bundesligi sezonu 2009/2010. Chłopak asystuje, strzela gole, po boisku porusza się w taki sposób jakby mu przeszczepiono do głowy płaty mózgu Zinedine'a Zidane'a odpowiadające za grę w piłkę nożną. Dzięki jego postawie Bayer wnerwiał tak długo Bayern nie oddając fotela lidera Bundesligi. Pełen elegancji, zawsze wyprostowany, niczym dystyngowany pan, Kroos wydaje się być Świętym Graalem, którego Bayern szuka od ładnych kilku lat. Mimo 20 lat wykazuje niebywałą mądrość na boisku, mało kiedy zalicza niedokładne podania lub straty. Jest zawsze tam gdzie być powinien. Żaden gol nie może paść bez jego udziału. Prawda, że to nie w Bayernie u van Gaala tak się rozwinął ale w Bayerze Heynckesa. Prawdą jest jednak fakt, że 30 czerwca Bayerowi kończy się 18-miesięczny okres wypożyczenia Kroosa i ten po tym okresie wraca do Monachium.

 

Kolejny niezamierzony tak do końca efekt van Gaala to Diego Contento. Chłopak, który debiutował już w profesjonalnym Bayernie we wszystkich rozgrywkach teraz dostaje niesamowity prezent od niebios. W czasie drobnej kontuzji van Buytena wskoczył na jego miejsce i objął upośledzoną dotychczas lewą flankę obrony Bayernu. Van Buyten już powrócił do zdrowia i Diego od soboty miał ponownie usiąść na ławce rezerwowych. Ale szczęście sprzyja nastolatkowi. W spotkaniu Niemcy - Argentyna kontuzji twarzy (złamanie kilku kości twarzy) doznał Martin Demichelis. Do końca marca na pewno nie zawita w pierwszym składzie Bayernu (nawet w masce). Contento najpierw dostał 2 tygodnie za van Buytena, a teraz kolejne 3-4 tygodnie za Demichelisa. Od tego momentu wszystko jest w rękach nastolatka. Na około półtora miesiąca uzyskał w Bayernie pewne, niezagrożone miejsce na lewej obronie. Jak się wykaże podobnie jak Mueller czy Badstuber to Demichelis może mieć problem w kwietniu z powrotem do pierwszego składu. A Contento dostanie okazję do sprawdzenia się z najcięższymi rywalami. Rewanż z Fiorentiną, półfinał Pucharu Niemiec z Schalke oraz prawdopodobnie pierwszy mecz w ćwierćfinale Ligi Mistrzów (jeśli Bayern wyeliminuje Fiorentinę). To wszystko mając 19 lat oraz grając w jednym składzie z takimi ludźmi jak Lahm, Schweinsteiger, Robben czy Ribery.

 

Toni Kroos na wypożyczeniu czaruje Bundesligę, zaś Breno na wypożyczeniu zaczyna czarować Norymbergę. W wypożyczeniu 20-letniego Brazylijczyka maczał palce sam van Gaal. Breno po słabszym okresie w Monachium z miejsca zaczął dostawać wyróżniające się oceny w spotkaniach swojej nowej drużyny, zaś szefowie FCB z miejsca orzekli, że młodzieniec podobnie jak Kroos wraca w lipcu do Monachium. Nie wiadomo czy jako zawodnik wyjściowej 11 czy zmiennik ale i tak w porównaniu z poprzednią pozycją Breno w Bayernie, będzie się to wiązało z awansem w hierarchii drużyny.

 

Na roszadach na bramce Bayernu najbardziej zyska 21-letni Thomas Kraft. Butt pozostanie numerem 1 w przyszłym sezonie, Rensing nie zadowala się pozycją numer 2 i pragnie po zakończeniu swojego kontraktu za kilka miesięcy odejść na zasadzie wolnego transferu. W drużynie zwolni się pozycja bramkarza numer 2. Kraft, który do tej pory był numerem 3 i obowiązki bycia trzecim bramkarzem w pierwszej drużynie łączył z funkcją pierwszego bramkarza w rezerwach, teraz otrzyma awans. Przesunięty na pozycję zmiennika Butta, zostanie ostatecznie wyciągnięty z rezerw FCB, a jego miejsce w drugiej drużynie zajmie jakiś inny młodzieniec.

 

Ostatnia dwójka czyli Mehmet Ekici i David Alaba to zdecydowanie melodia przyszłości. Przyszłości van Gaala. Trener obu wprowadza do pierwszej drużyny bardzo delikatnie, choć diametralnie odmienne są przyczyny takiego postępowania. Mimo, że obu włączono już do pierwszej drużyny to jednak Ekici będzie miał trudniej na dłużej tam zagościć. Jako środkowy pomocnik będzie miał największą konkurencję w środku pola. Schweinsteiger, van Bommel, Tymoszczuk, Kroos wydają się być poza zasięgiem młodego Niemca. Alaba natomiast to talent czystej wody. Jednak z racji tego, że ma dopiero 17 lat to trener postępuje z nim bardzo ostrożnie. Austriak w przyszłości ma zostać wyhodowany na skrzydłowego pokroju Robbena i Ribery'ego. Już teraz praktycznie w każdym spotkaniu Bayernu jest w kadrze meczowej i choć nie wchodzi na boisko to jednak siedzieć na ławce Bayernu w wieku 17 lat - to musi pokazywać jaki potencjał drzemie w tym młokosie.

 

Ogólnie w Bayernie odbywa się cały czas istny szok kulturowy. Drużyna, która w Niemczech była do tej pory uznawana za "rzeźnię" młodych talentów teraz w nowym sezonie będzie miała 8 młodzieńców (1/3 składu!!) w przedziale wiekowym 18-22 lata. Do tej pory przeważał pogląd, że Bayern nie sprzyja rozwojowi młodego piłkarza. Bawarczycy zawsze potrzebowali twardych sprawdzonych w bojach twardzieli w okolicach 30 roku życia, a nie gołowąsów, którzy na dźwięk Ligi Mistrzów mogliby struchleć. Trener van Gaal sprawił jednak, że młodzieńcy ci nie tylko nie truchleją ale nawet dostają dodatkowego emocjonalnego kopa, który daje im dodatkowe 10% mocy. Z nieumiejącego postępować z młodzieżą klubu, Bayern właśnie przeistacza się w lidera innowacyjnych rozwiązań w zakresie hodowli młodych-zdolnych. Wiem, że kibicom FCB (w tym mnie) nie mieści się w głowie aby w przyszłym sezonie w jednej obronnej linii biegali Contento, Breno, Badstuber i Lahm ale znając LvG może to być wielce prawdopodobne. Nie takie rzeczy już robił. A jeśli w tym roku zdobędzie dublet to nikt nie będzie się wtrącał Holendrowi do zestawienia wyjściowej 11 Bayernu w sezonie następnym. Ten zamknięty w swoich taktycznych kazamatach nadal będzie bardzo ostrożnie, dolewał miksturę młodości do kotła o nazwie Bayern Monachium.

 

Louis van Gaal

 

foto: spox.com, tz-online.de, merkur-online.de, p3.focus.de, sport.freenet.com,

 

13:08, footballtrocky , Bayern Monachium
Link Komentarze (1) »
niedziela, 28 lutego 2010

Urodziny FCB

 

27 lutego 1900 roku w Monachium w knajpie "Gisela" 11 ludzi pod przewodnictwem niejakiego Franza Johna założyło nowy klub piłkarski Bayern Monachium. John wściekły na miejscowe MTV 1879 Monachium o to, że preferuje "asekuranckie" ustawienie 2-4-4 zamiast bardziej otwartego 2-3-5 zebrał małą grupkę buntowników i udał się właśnie do "Giseli" aby tam założyć swoją własną drużynę, której sam - a jakże - został szefem. Frustraci nie przewidywali chyba co uczynili. Z zapyziałej drużyny w Monachium, założonej w końcu XIX wieku (później powstały takie potęgi jak Real - 1902 r., Chelsea - 1905 r., Inter - 1908 r., Roma - 1927 r. czy Olympique Lyon - 1950 r.) przez grupkę obrażalskich ekscentryków, Bayern zamienił się w najpotężniejszy niemiecki klub (21 mistrzostw Niemiec, 14 Pucharów Niemiec, 6 Pucharów Ligi), jeden z najlepszych i najbardziej utytułowanych klubów w historii europejskiej piłki (4 Puchary Europy, 1 Puchar Uefa, 1 Puchar Zdobywców Pucharów, 2 Puchary Interkontynentalne) oraz globalną markę marketingową (obroty handlowe w wysokości 300 mln euro na sezon).

 

Minęło 110 lat. Wprawdzie urodziny wypadały wczoraj ale główne świętowanie odbyło się dzisiaj. Szefostwo FCB zaskoczyło kibiców, sponsorując każdemu sympatykowi FCB obecnemu na trybunach - okolicznościowy szalik Bayernu. Kibice zaskoczyli szefostwo i samych piłkarzy przepiękną oprawą "wizualną" przed spotkaniem. Z każdej strony przypominano, że sędziwy "staruszek" kończy właśnie 110 lat i mimo wszystko czuje się świetnie. Żeby tego było mało to najgroźniejszy rywal Bayer Leverkusen razem z życzeniami wysłał do Monachium piękny prezent na urodziny - remis z Kolonią i realną szansę dla Bayernu na upragniony fotel lidera po 21 miesiącach (57 ligowych kolejek) przerwy. No i Bayern prezent przyjął. Zwyciężył Hamburger SV 1:0 i nareszcie objął to przeklęte przewodnictwo w Bundeslidze. Te 21 miesięcy to była ciężka lekcja pokory dla każdego kibica Bayernu. Wcześniej wydawało się jako coś niemożliwego z czasem stało się koszmarem każdego człowieka FCB. Przez chwilę osobiście wczułem się w dolę kibiców Arsenalu czy Milanu, którzy na mistrzostwo kraju czekają 6 lat. Ale zły koszmar minął. Bayern pokonał rywala, który w ostatnich latach wnerwiał go dosyć regularnie i dosadnie.

 

W ramach pojedynku Bayernu z HSV, Monachium ogłoszono na 2 godziny stolicą holenderskiej piłki. Dlaczego? W wyjściowym składzie Bawarczyków pojawiło się dwóch Holendrów Mark van Bommel i Arjen Robben, którzy byli wspomagani przez rodaków z ławki rezerwowych - jajogłowego guru taktyki Louisa van Gaala i jego wiernego giermka/asystenta Andriesa Jonkera. Dodatkowo w wyjściowej jedenastce HSV pojawili się inni Holendrzy - Eljero Elia oraz Joris Mathijsen. Holenderska kolonia na boisku byłaby jeszcze większa gdyby nie kontuzja sępa nad sępami pola karnego rywali Ruuda van Nistelrooy'a. Jakby ktoś nie miał jeszcze mało Holendrów to na trybunach zasiadł wódz naczelny pomarańczowej reprezentacji Bert van Marwijk (prywatnie teść kapitana Bayernu - van Bommela).

 

Przy swoich 110 urodzinach, potknięciu Bayeru oraz w pomarańczowej "aurze" Bayern wygrał skromnie 1:0. Samo spotkanie było taktycznym majstersztykiem obu trenerów. HSV nie postępowało jak inne drużyny Bundesligi przyjeżdżające na AllianzArena. Hamburczycy nie bronili się w 11 w okolicach własnego pola karnego. Grali mądrze i bardzo rozważnie. Skutecznie wyłączyli z gry motor napędowy akcji Bayernu czyli duet Robbery. Skuteczni w obronie oraz cierpliwi w ataku - tak w skrócie wyglądała taktyka HSV w tym meczu. Ktoś pomyśli, że skoro goście nie bronili się w 11 to musieli sunąć bez przerwy do frontalnych ataków. Błąd. Hamburczycy bardzo roztropnie dysponowali siłami. Wiedzieli, że na morderczą, otwartą wymianę ciosów z indywidualnościami gospodarzy nie mogli sobie pozwolić. Zasłonięci za podwójną gardą, jedynie raz na jakiś czas sunęli do ataku zjawiając się pod bramką Bayernu. Jak bardzo był to inny mecz niech posłuży porównanie z meczem z Norymbergą sprzed tygodnia. Tam LvG mówił, że Bayern dominował nad rywalem niemiłosiernie w posiadaniu piłki, strzałach czy w stałych fragmentach gry ale miał problemy z wykończeniem akcji. W tym czasie rywale mieli dosłownie dwie akcje - kontry, z których jedną zamienili na gola. Dzisiaj Bayern okazji klarownych miał dosłownie kilka ale i samo HSV miało drugie tyle.

 

O dziwo żadna z dosłownie kilku 100% akcji typu atak za atak, zarówno Bayernu jak i HSV nie zakończyła się bramką. O losach spotkania przesądził błysk geniuszu jednego człowieka. Iskra boża, która sprawia, że właśnie w takich pojedynkach jak ten z HSV, gdzie jedna akcja w świetnie ułożonym taktycznie pojedynku decyduje o losach całego meczu. O kim mowa? Oczywiście Franck Ribery. Francuz jak za starych dobrych czasów z sezonu 2007/2008 gdy praktycznie w każdym spotkaniu przesądzał o zwycięstwach Bayernu dziś uczynił to powtórnie. I nie była to czwarta czy piąta bramka dobijająca nieprzytomnego już rywala ale jedyny gol meczu przesądzający o 3 punktach dla własnej drużyny. Wszystko wg utartego w sezonie 2007/2008 schematu. Szybki pościg za piłką, minięcie rywala i niekonwencjonalny/niesygnalizowany strzał niemal z miejsca. Dzisiejsza bramka Ribery'ego była bardzo podobna to tej zdobytej przez niego chyba w pojedynku z Bochum 2 sezony temu, gdy ze skraju pola karnego mijając na kilku metrach 3-4 rywali zbiegł do środka i uderzył z niczego na bramkę. Dziś wprawdzie rywal był tylko jeden ale motyw przewodni ten sam: narożnik pola karnego, ruch do środka, strzał. Bogu dzięki, że Bayern ma takiego piłkarza.

 

W tym Bayernie van Gaala podoba mi się jedna rzecz. Pewien szczegół nierozerwalnie związany z holenderskim "jeden za wszystkich, wszyscy za jednego". Chodzi o cykle formy poszczególnych piłkarzy. Bayern już nie jest tak franckoriberyzależny jak to miało miejsce w poprzednich latach. Na początku sezonu gdy gra Bayernu delikatnie to ujmując się nie kleiła, drużynę z opresji ratował młokos/skrzydłowy Thomas Mueller. Jesienią gdy było jeszcze gorzej, gdy Bayern wpadł w dołek, a dwie największe gwiazdy Robbery doznały poważnych kontuzji, honoru drużyny kilka razy ratował stoper Daniel van Buyten. To, że Bayern gra nadal w Lidze Mistrzów to wyłączna zasługa napastnika Ivicy Olicia, który najpierw strzelając jedynego gola z Maccabi sprawił, że Bayern mógł jeszcze liczyć na cud, a potem samotnie niczym John Wayne na dzikim zachodzie, zdemolował Juventus (gol, słupek i wywalczony karny). W szaleńczą pogoń za liderem Bundesligi Bayerem, Bawarczycy ruszyli gdy wezwanie do walki złożył powracający po kontuzji w grudniu i styczniu skrzydłowy Arjen Robben, który w sześciu kolejnych spotkaniach Bayernu 5 razy strzelił po jednym golu. To są ci najważniejsi bohaterowie. Są też ci pomniejsi jak napastnik Mario Gomez strzelający w pięciu kolejnych spotkaniach bramki (w sumie 5), Hans-Joerg Butt, od którego strzału z rzutu karnego w Turynie wszystko się zaczęło. Holger Badstuber, którego perfekcyjnie wykonany rzut wolny w spotkaniu z Borussią Moenchengladbach był wg mnie momentem przełomowym sezonu. Wg mnie to właśnie ten gol z rzutu wolnego i ogromna, spontaniczna radość po nim wyzwoliły energię, która pchnęła dziś na szczyt w Bundeslidze, a w Lidze Mistrzów pozwala realnie myśleć o ćwierćfinale. Nawet krytykowany przeze mnie fajtłapowaty Martin Demichelis strzelając Hoffenheim pierwszego gola walnie przyczynił się do zdobycia 3 punktów w spotkaniu z Wieśniakami. Dzisiaj był przebłysk tego najważniejszego w Bayernie. Po raz pierwszy chyba od czasu pojedynku z Wolfsburgiem w końcówce sierpnia, Bayern zawdzięcza tak ważne zwycięstwo Franckowi Ribery. Podoba mi się ten Bayern van Gaala strasznie. Zawsze można liczyć na kogoś innego. Ciągle jakiś inny piłkarz zaskakuje, daje radość drużynie.

 

Przez ostatnie tygodnie znawcy piłkarskich tematów w Niemczech, jednogłośnie przepowiadali, że Bayern wdrapuje się i wdrapuje ślamazarnie na ten fotel lidera Bundesligi jakby chciał, a nie mógł. Ale podkreślali też, że gdy rozjuszeni Bawarczycy się wreszcie doczłapią szczytu to można już koronować mistrza bo nikt ich już z tego szczytu nie zepchnie do finiszu. Do końca sezonu jeszcze 10 kolejek. Odkładaną od 21 miesięcy koronację czas zacząć?

 

P.S. Jak zwykle zapomniałem o sondzie. Wprawdzie aby była reprezentatywna powinienem ją zdjąć przed spotkaniem z Fiorentiną, to z drugiej jednak strony dane w niej zawarte nie będą raczej do użytku Głównego Urzędu Statystycznego, więc nie musi być tak w 100% reprezentatywna. Pytanie brzmiało: Dokąd wg Ciebie Bayern Monachium dojdzie w obecnej edycji Ligi Mistrzów? Głosy rozłożyły się bardzo interesująco. Na 84 głosy:

- 24 poszły na "Zwycięstwo w rozgrywkach" (29%) oraz drugie 24 na "1/4 finału (ćwierćfinał)" (29%), widać "realiści" uważają, że ćwierćfinał to maksimum potencjału Bayernu, zaś identyczna grupa "marzycieli" jest przekonana, że Bayern pokona wszystkich i wygra piąty raz Puchar Europy,

- 23 głosy powędrowały na "1/2 finału (półfinał)" (27%), z określeniem tej grupy mam problem mimo, że sam do niej należę, ani to marzyciele, ani realiści,

- 8 głosów powędrowało na "1/8 finału" (10%), widać chyba tylko wrogowie Bayernu liczą na to, że ten nie zawita w ćwierćfinale,

- 5 głosów powędrowało na "Finał" (6%), trauma po 1999 r. chyba pozostała?

 

Teraz pytanie na dziś: Który 20-latek Bayernu powinien jechać z reprezentacją Niemiec na Mistrzostwa Świata w RPA?

 

Monsieur Ribery

 

foto: fcbayern.de, tz-online.de

 

czwartek, 25 lutego 2010

Nowe twarze w Monachium?

 

Jak uczy historia najciekawsze transferowe newsy stają się rzeczywistością w Bayernie w okolicach marca i kwietnia każdego roku. W zaciszu gabinetów Bayernu, knuty jest plan kupowania nowych piłkarzy. I gdy włodarze robią to wyjątkowo cicho i dyskretnie to niemiecka prasa hucznie plotkuje o nowych twarzach w Bayernie. Media zazwyczaj na początku wiosny wałkują 15-20 nazwisk mówiąc o potencjalnych wzmocnieniach Bawarczyków. Po jakimś czasie okazuje się, że rzeczywiście 3-4 piłkarzy z tej listy na początku czerwca jest oficjalnie potwierdzonymi transferami Bayernu. Nie inaczej jest w tym roku.

 

Luty jest pracowitym miesiącem dla szefostwa FCB, które przedłuża wygasające kontrakty kilku zawodnikom, których umowy kończyły się w niedalekiej przyszłości. Najpierw wzięto na cel dwóch młodzieńców - przyszłość klubu. Holger Badstuber przedłużył kontrakt do 2014 roku zaś Thomas Mueller do 2013 roku. Trójka "dzieciaków" Mehmet Ekici, Diego Contento, David Alaba dostała pierwsze profesjonalne umowy do 2011 roku (Alaba podpisze kontrakt w czerwcu gdy stanie się pełnoletni). Umowy te niejako są na okres próbny. Jeśli ich talent pod okiem trenera van Gaala rzeczywiście wystrzeli to z pewnością otrzymają umowy długoterminowe na 4-5 lat. Tyle jeśli chodzi o młodzież. Seniorzy też nie są gorsi i dostali umowy na kolejne sezony. Najstarszy w drużynie prawie 36-letni Hans-Joerg Butt dostał umowę do 2011 roku z prawdopodobną obietnicą bycia numerem 1 w bramce w kolejnym sezonie. Wg mnie krok bardzo rozsądny. Butt pokazuje, że niczym van der Sar z każdym kolejnym spotkaniem i z każdym kolejnym miesiącem na karku broni coraz pewniej i coraz lepiej. Drugi w kolejności senior, który przedłużył kontrakt to Daniel van Buyten, który właśnie skończył 32 lata. Belg trochę dzięki swojemu snajperskiemu instynktowi pod bramką rywala (9 strzelonych goli - żaden stoper w Europie nie jest tak bramkostrzelny w tym sezonie) oraz wielkiej francuskojęzycznej przyjaźni z Ribery'm dostał umowę do 2012 roku. Jego rażąca w oczy nieporadność pod własną bramką jest nieco zaciemniana przez strzeleckie popisy pod bramką rywali. Ale co tam.

 

Mark van Bommel, kolejny z weteranów nie podpisał wprawdzie jeszcze nowej umowy ale wg zapowiedzi uczyni to lada dzień. Kwestie finansowe nie grają tu żadnej roli. Kwestią kluczową jest jedynie to czy kapitan pozostanie w Monachium na 1 sezon czy może 2? Jeśli mógłbym wtrącić swoje trzy grosze to wydaje mi się, że umowa na 12 miesięcy będzie jak najbardziej odpowiednia dla 33-letniego piłkarza. Za rok będąc już w podeszłym piłkarsko wieku mógłby wrócić do ojczyzny aby zakończyć swoją karierę. Pozostanie van Bommela na dłużej zablokuje tylko niepotrzebnie miejsce w środku pola dla innych lepszych piłkarzy (van Gaal zapowiadał, że jego kapitan gra zawsze - niezależnie od formy). Tak więc van Bommel zostanie co najmniej na kolejny sezon w Bayernie.

 

Wprawdzie w kolejce do przedłużenia swoich kontraktów czeka jeszcze 3 ludzi: Andreas Goerlitz, Michael Rensing oraz Hamit Altintop ale wszystko wskazuje na to, że największe szanse na otrzymanie nowej umowy ma tylko ten ostatni. Dwóch Niemców na 99,9% opuści Monachium 1 lipca tego roku na zasadzie wolnych transferów. Obaj zresztą nieraz o tym mówili publicznie. Dodatkowo z odejściem Rensinga będzie się wiązał awans sportowy Thomasa Krafta, który jest szykowany na bramkarza numer 2 w przyszłym sezonie czyli bezpośrednie zaplecze Butta. W takiej sytuacji Bayern będzie się rozglądał za bramkarzem numer 3. Póki co prawdopodobnie w tym roku Bawarczycy jeszcze się wstrzymają z kupowaniem wielkiej gwiazdy na bramkę jako numer 1 (choć nigdy nic nie wiadomo). Tyle jeśli chodzi o obecnych piłkarzy Bayernu.

 

Nikt jednak nie ma wątpliwości, że latem na Saebener Strasse 51 zawita kilka nowych twarzy. Kusząca plotka pojawiła się w ostatnich dniach. Francuskie i niemieckie media wspólnie donoszą, że Olympique Lyon sprzedaje w lipcu swoją największą gwiazdę. Jeremy Toulalan ma kosztować potencjalnego kupca 20 mln euro. Bayern już wcześniej przejawiał zainteresowanie jego osobą. Dodatkowego smaczku temu nazwisku dodawał fakt, że "list polecający" dla gry w Monachium wystawił mu sam Ribery, który bardzo zabiega o rodaka w Bayernie. Transfer Toulalana jest bardzo na rzeczy wg mnie. Najpierw najlepszy przyjaciel Francka - van Buyten dostał o kontrakt na 2 lata tak jak prosił, potem włodarze zapowiedzieli, że w przypadku przedłużenia umowy z Bayernem Ribery może liczyć na pieniądze jakich nikt wcześniej nie oglądał w Bundeslidze, a teraz transfer Toulalana - osobiste życzenie Francka. Zdawać by się mogło, że Bawarczycy robią wszystko aby tylko Ribery pozostał w Monachium na długie lata i nie odlatywał w lipcu do Madrytu.

 

Anatolij Tymoszczuk miał pecha bo był osobistym "kaprysem" poprzedniego trenera Juergena Klinsmanna. Obecny trener nie ceni Ukraińca zbyt wysoko przydzielając mu funkcję jedynie zmiennika. Tym sposobem przez takie nieoczekiwane zmiany miejsc na stanowisku trenera, Bayern zafundował sobie rezerwowego za 11 mln euro. Latem Tymoszczuk odejdzie raczej z Bayernu, a transfer w jego miejsce klasowego defensywnego pomocnika jakim jest Toulalan byłby pięknym rozwiązaniem. Ten transfer w końcu byłby już "kaprysem" van Gaala więc ten grałby na pewno. Zresztą nikt nie kupuje rezerwowego za 20 mln euro. A Toulalan to klasowy zawodnik i względnie młody jak na swoją pozycję na boisku.

 

Najwięcej kontrowersji wywołuje jednak temat: Co będzie jak odejdzie Ribery? Media nie tylko w Niemczech zalewają nieustannym bełkotem o takich piłkarzach jak Milos Krasić, Steven Pienaar czy Diego, jako potencjalnych następcach Francka Ribery w Bayernie. Jednak dzisiaj już całkowicie przegięto informując, że nowym Ribery'm będzie... Aliaksandr Hleb. Żeby była jasność - nie dyskredytuję zawodników tylko dlatego, że przegrali rywalizację o pierwszy skład w innych wielkich klubach i zostali zmuszeni uciekać z nich za cenę nieprzekraczającą połowy ich wartości. Jak pokazało ostatnie pół roku na wyprzedażach w Realu Madryt obłowiło się pół Europy od Olympique Marsylia przez Benficę, Milan, Inter po Bayern. Hleb niewątpliwie przegrał rywalizację w Barcelonie więc wypożyczono go do VFB Stuttgart, który podobno nosi w sercu. I co? I nic. W przeciągu 27 spotkań w tym sezonie zdobył jedynie... uwaga 1 asystę! Dla mnie ten zawodnik skończył się piłkarsko z momentem transferu do Barcelony. Obecnie to już jest równia pochyła. Oczywiście przywitałbym go w Bayernie ale jako następcę... Altintopa na ławce rezerwowych gdyby ten nie zdecydował się przedłużyć kontraktu. Wmawianie, że Hleb ma być bezpośrednim następcą jednego z najlepszych piłkarzy świata jest kpiną z Bayernu. Hleba dyskredytuje jeszcze jedna rzecz - wiek. Po co Bayernowi piłkarz 2 lata starszy od Ribery'ego?

 

Osobiście posiadam ogromne marzenie, w którym Ribery zostaje w FCB na kolejne 4-5 lat (dałem temu wyraz tutaj). W przeciągu najbliższych 30 dni wszystko się wyjaśni. Bayern zaczyna wprowadzać ciszę medialną związaną z tematem Francka, a to oznacza, że negocjacje się rozpoczną bardzo ale to bardzo niedługo. Jeśli jednak Bayern nie będzie miał dość sił by zatrzymać tego zawodnika to ja widzę tylko jednego człowieka, który może go zastąpić. Obaj poruszają się jakby nie tylko grali w piłkę ale też uczyli innych piłkarskiego baletu. Po kilkunastu sekundach widać, że są wirtuozami piłki nożnej, a sama piłka jest niczym ich ukochana przyjaciółka, która jak zaczarowana się wsłuchuje w każdy ruch nogi obu tych piłkarzy. Tylko jego widzę jako jedyną alternatywę dla Ribery'ego. Komentatorzy i znawcy piłkarskich tematów przewidują, że to ON będzie największą gwiazdą zbliżających się mistrzostw świata w RPA. Wprawdzie Francka nie da się zastąpić ale jeden człowiek jest najbliżej aby tego dokonać...

 

Mesut Oezil

 

foto: spox.com, focus.de, football365.fr

 

20:53, footballtrocky , Bayern Monachium
Link Komentarze (6) »
środa, 24 lutego 2010

Mamona

 

W życiu każdego kibica przychodzą takie momenty, że coś zaczyna się mu nie podobać w jego ukochanym klubie. Pewien szczegół (lub ciąg szczegółów) zaczyna razić w oczy, z czasem nawet przyprawiając o poczucie wstydu na tle kibiców innych drużyn. Nie inaczej jest ze mną. Nie należę do grupy jajogłowych wyznawców jedynej prawdziwej religii mówiącej "własnego klubu synku nie atakuj nigdy!" Co mi siedzi na wątrobie? Już wyjaśniam. Koszulki Bayernu.

 

Od kilku lat odkąd zacząłem na to zwracać uwagę ogarnia mnie mieszanka nerwów i zażenowania. Bayern Monachium to prawdopodobnie jedyny klub Europy ze ścisłej czołówki dajmy na to top 10, który tak makabrycznie depcze swoje własne barwy klubowe. Do niedawna 3 komplety koszulek Bawarczyków (domowe, wyjazdowe oraz na Ligę Mistrzów) były zmieniane co 2 sezony - to jeszcze jakoś przeżyłem i akceptowałem (zmuszony). Jednak ostatnio miarka się przebrała. Klub zaczyna zmieniać kolorystykę oraz krój koszulek co 12 miesięcy niczym rękawiczki powodując, że nawet najbardziej zawzięci kibice Bayernu nie pamiętają już w jakich koszulkach piłkarze grali w określonym przedziale czasowym odległym np. kilka lat temu lub jakie koszulki prezentują naturalne barwy i układ barw klubu. Mam swoje teorie na taki stan rzeczy. Pierwsza najważniejsza: Adidas.

 

Bawarski koncern z Herzogenaurach od lat utrzymuje z Bayernem doskonałe kontakty. Adidas zawsze dostarczał sprzęt najwyższej klasy najlepszemu niemieckiemu klubowi, czasem oferując nowinki, które rywale Bawarczyków mogli otrzymać po dłuższym okresie czasu. Obie marki to wielka duma Bawarii. Współpraca obu układała się tak dobrze, że Bayern w 2002 roku postanowił wpuścić Adidasa do klubu. I to był błąd. Adidas zakupił 10% akcji Bayernu stając się formalnie jego współwłaścicielem. Od momentu wpuszczenia tego koncernu do FCB ze strojami zaczęły się dziać dziwne rzeczy. Oczywiście wcześniej też działy się różnego rodzaju głupoty Adidasa typu żółte koszulki i zielone spodenki (wtf?) ale po fali krytyki nigdy więcej do takich rzeczy nie powracano. Z momentem zakupu 10% akcji Bayernu Adidas uzyskał - wprawdzie mały (proporcjonalny do posiadanych akcji) ale jednak - wpływ na funkcjonowanie Bayernu. I zaczęło się. Wg mnie od tego momentu koszulki Bayernu zamieniły się w jeden wielki poligon doświadczalny dla koncernu Adidas. Zanim firma ubrała reprezentacje (Niemiec, Hiszpanii, Argentyny, Japonii, Francji, Rumunii itd.) na wielkie turnieje, a kluby (Real, Milan, Liverpool, Benfica, Chelsea, HSV itd.) na rozgrywki krajowe i europejskie to krój, użyty materiał i inne nowinki technologiczne były "testowane" na Bayernie. Tak wiem wiem Bawarczycy mieli też profity z faktu, że tak ogromny koncern był ich współwłaścicielem. Jako pierwsi mieli do dyspozycji wielką technologię. Ale bądźmy szczerzy. Co technologia może wprowadzić do koszulek piłkarskich? Zawodnicy dostaną skrzydeł i zaczną latać? Tak więc Adidas do spółki z samym Bayernem zaczął psuć barwy na koszulkach Bawarczyków.

 

Bayern, który nigdy nie mógł liczyć na sumy z praw telewizyjnych takich jakie osiągają np. Barcelona, Real, wielka czwórka w Anglii czy wielka trójka we Włoszech. Dlatego też do perfekcji opanował sztukę sprzedawania gadżetów. A co się najlepiej sprzedaje? Koszulki oczywiście. I tak zaczęła się karuzela. Choć naturalne barwy FCB (te z herbu) to czerwień, biel i błękit to prezentowane koszulki nijak się miały do tego. Raz były szare, innym razem granatowe tak mocno, że aż niemal czarne, innym razem bordowe (niemal wiśniowe), złote, czarne itd. Przez ostatnie 10 lat przez okrycia piłkarzy Bayernu przewinęła się cała paleta kolorów. Majstrowano również przy barwach naturalnych. Czysta biel, biel z elementami czerwieni, biel z elementami szarości, czysta czerwień, czerwono-białe pasy poziome, biel i czerwień pół na pół itd. Wymienianie tego wszystkiego jest tak samo nużące jak liczenie własnych włosów na głowie. A to jedynie ostatnie 10 lat w historii klubu.

 

Często słuchałem opinii kibiców innych klubów narzekających na koszulki przygotowane przez Adidasa, głównie na krój. Jednakże nigdy nie majstrowano przy ich barwach na koszulkach (przynajmniej ja nie zauważyłem). Ogólnie zazdroszczę innym drużynom przywiązania do ich barw klubowych i ich troski o pielęgnowanie tych wartości. Inter to zawsze Nerazzurri, Milan od zawsze jest Rossoneri, Real - Los Blancos, Barcelona - Blaugrana, Juventus - Bianconeri, Chelsea - The Blues, Liverpool - The Reds, Manchester United - Red Devils, Roma - Giallorossi. Można nie używać nazw tych klubów ale każdy i tak po nazwie określającej ich kolorystykę będzie wiedział o kogo chodzi. Te drużyny pielęgnują od zawsze swoje barwy. Przy koszulkach domowych, tych najważniejszych nigdy nie majstrują. Bo to największa świętość. Owszem są jakieś kosmetyczne nowinki wymuszone chwilą jak zmiana koloru kołnierzyka czy pojedynczych szczegółów na rękawach. Ale przewracać do góry nogami całą kolorystykę? Może co najwyżej przy trzecim komplecie strojów ale i to nie za często.

 

Włodarze Bayernu zmieniając bezustannie - już praktycznie co sezon - koszulki dla drużyny wiedzą, że kibic (głównie bogaty niemiecki kibic) wyda co sezon te 70 euro na nową koszulkę. Dodatkowo szefowie zdają się mówić do kibiców: "Chcecie kolejnych Tonich, Ribery'ch, Robbenów czy Gomezów to kupujcie kolejne nowe stroje Waszej ukochanej drużyny. Klub potrzebuje Waszej gotówki". No i kibice kupują, bijąc po drodze kolejne rekordy sprzedaży. I tak się ta spirala kręci.

 

Po co o tym piszę? A no bo właśnie gruchnęła wieść, że w przyszłym sezonie Bayern będzie grała w koszulkach w czerwono-białe pasy ala Atletico i PSV. Po identycznych pasach tyle, że poziomych w latach 2007-2009, po obecnej ładnej jednolitej czerwieni, teraz zwrot o 180 stopni na pasy pionowe? Niby klub ma wymówkę. To specjalne okazjonalne stroje na 110-lecie istnienia drużyny (27 II 1900 r.) nawiązujące do złotych lat 70, w których Bayern jako ostatnia drużyna w Europie wygrał Puchar Europy (obecna Liga Mistrzów) 3 razy z rzędu. Moje pytanie jednak brzmi. Co mają lata 70. do 110 rocznicy założenia klubu? Z tego co wiem założyciel Bayernu Franz John wybrał (a raczej został zmuszony przez krawca) białe koszulki, granatowe (niektórzy twierdzą, że czarne) spodenki i tak samo granatowe getry. To były historycznie pierwsze i założycielskie stroje Bayernu Monachium. Ale co mają do tego czerwono-białe pionowe pasy? Swoją drogą te pasiaste koszulki, w których FCB zaczął grać w latach 70. to jedna wielka zagadka. Nikt w Bayernie oraz w siedzibie Adidasa nie ma pojęcia skąd się wzięły. Teraz się powraca do tych strojów.

 

Z zazdrością spoglądam na inne drużyny, które z taką upartością dbają o barwy i krój koszulek, które są ich znakiem rozpoznawczym. Może jestem ortodoksem w tym względzie. Być może. Marzą mi się barwy na koszulkach Bayernu w takim układzie aby przetrwały na 40-50 lat, żeby stały się symbolem klubu. Bo na razie to jest jedna wielka pogoń za każdym "ojro" wydartym kibicom. Bayern to świetnie funkcjonujące przedsiębiorstwo o być może najlepszej sytuacji finansowej spośród wszystkich klubów Europy. Wiadomo podstawa to bezpieczeństwo ekonomiczne i promowanie marki. Oby tylko ten aspekt ekonomiczny nie przysłonił aspektu ważniejszego - sportowego. Bayern to przede wszystkim wielki klub piłkarski, a dopiero potem perfekcyjnie zarządzane przedsiębiorstwo.

 

Bayern kopią Atletico Madryt i PSV Eindhoven?

 

foto: tz-online.de, sknsz.wordpress.com

 

 

20:15, footballtrocky , Bayern Monachium
Link Komentarze (3) »
niedziela, 21 lutego 2010

Artysta w orkiestrze

 

Nie wiem co Arjen Robben słuchał tuż przed spotkaniem z Norymbergą ale wiem jedno. Nie pomogło mu to za wiele w czasie samego meczu. Mało tego nie pomogło całemu Bayernowi. Po ostatnich, słabszych ale ciągle zwycięskich spotkaniach z Borussią, Greuther Fürth oraz Fiorentiną los dał Bawarczykom szansę na ponowne zademonstrowanie swojej siły. Terminarz Bundesligi podsunął Bayernowi rywala skazanego na pożarcie - FC Nürnberg. Tak więc Bawarczycy wyruszyli 140 km na północ od Monachium na derby Bawarii. Przedostatnia drużyna w lidze kontra druga. Jeden z biedniejszych klubów w Bundeslidze kontra ten najbogatszy (sami Robben i Ribery są pewnie sportowo i ekonomicznie warci tyle co cała Norymberga). Bayern miał ten mecz wygrać. Powodów było kilka. Miał wyrównać historyczny rekord ligi Wolfsburga i Borussi Mönchengladbach w ilości zwycięstw z rzędu - 10, a także prawdopodobnie objąć upragnione od prawie 2 lat liderowanie w tabeli na dłużej niż kilkanaście godzin, bowiem lider z Leverkusen pojechał do Bremy zmierzyć się z silnym Werderem i była możliwość, że straci punkty.

 

I jak wyszło Bayernowi? Raczej słabo. Jeszcze raz potwierdziło się, że derby rządzą się swoimi prawami. Bawarczycy, którzy przez ostatnie 3 miesiące wygrywali wszystkie mecze w imponującym stylu, równocześnie byli niczym orkiestra symfoniczna pod batutą Louisa van Gaala. Każdy zawodnik był niczym świetnie funkcjonujący instrument. 11 instrumentów na boisku dawało koncert pięknej gry praktycznie w każdym spotkaniu od Ligi Mistrzów przez Bundesligę, aż po Puchar Niemiec. Rywale w ramach bezpłatnych korepetycji dostawali w pakiecie porażkę oraz lekcję piłki nożnej, która była niczym piękna muzyka. Zero niemieckiej toporności, wytrwałości czy technicznego upośledzenia charakteryzującego od lat niemiecki futbol. Przez ostatnie 3 miesiące Bayern prezentował się niczym hybryda niezmordowanych wojowników Jose Mourinho z jego okresu w Chelsea oraz geniuszu katalońskich kurdupli rodem z La Masia. Trener van Gaal oczywiście wprowadził do tego także swój autorski projekt czyli holenderską myśl przewodnią - futbol totalny.

 

Paliwa starczyło na 3 miesiące. We wszystkich rozgrywkach Bayern w nieprawdopodobny sposób odrabiał wszystko to co zepsuł wczesną jesienią (najgorszy start w Bundeslidze od 40 lat, praktyczne wypadnięcie z Ligi Mistrzów po zaledwie 4 meczach) i choć nie udało się wdrapać na szczyt Bundesligi to wyniki były satysfakcjonujące, a styl ocierał się geniusz najlepszych na świecie. Jednakże wczoraj po 13 kolejnych zwycięstwach Bayern dopadła szarość dnia codziennego. Spotkanie z Norymbergą kończyło pierwszy okres morderczych angielskich tygodni. Piłkarze niby dominowali nad rywalem, nie dopuszczali go pod bramkę, atakowali wszelkimi możliwymi sposobami, a i tak zremisowali jedynie 1:1. Norymberga zdobyła gola w swojej pierwszej akcji podbramkowej (sic!) w 50 minucie czym potwierdziła, że obrona FCB delikatnie to ujmując jest słabiutka w tym sezonie. Rywale stworzyli sobie przez całe spotkanie 2 klarowne sytuacje. Połowę z nich wykorzystali. Obrona staje się największym koszmarem Bayernu w tym sezonie. Czym dalej w przód tym lepiej, ale to od obrony zaczyna się budowanie mocnej drużyny. Bayern ewidentnie nie radzi sobie z sytuacją gdy rywal błyskawicznie przechodzi z obrony do ataku. Ciągle jakiś obrońca powoduje błąd, źle się ustawi, nie upilnuje rywala, nie sięgnie piłki.

 

W meczu z Norymbergą nie było to tak widoczne, ponieważ rywal praktycznie całą drużyną bronił się na własnej połowie przez 90 minut. W tym czasie wyprowadził szybkie dwie kontry, z których jedną zamienił na gola. Identycznie jak Fiorentina kilka dni temu. LvG w ostatnich tygodniach powtarzał, że piłkarze mimo, że wygrywają to grają zbyt arogancko. Teraz widać, ze biorą przykład z trenera. Trzeba powiedzieć wprost, że LvG osobiście zlekceważył słabszego rywala. Do Norymbergi nie zabrał Ribery'ego mimo, że ten nie jest połamany, zaś w przerwie gdy Bayern prowadził 1:0 zdjął Robbena. W międzyczasie rywal zdobył gola i w Bayernie poza Thomasem Muellerem (strzelił gola, potem minimalnie przestrzelił w momencie lobowania bramkarza i ładnie zgrywał do Gomeza, a na końcu nie opanował piłki będąc w sytuacji sam na sam) nie było komu robić ofensywnej gry. Van Gaal zachował się bardzo arogancko.

 

Ciągle trwa piękny sen Diego Contento. W spotkaniu z Greuther Fürth zmieniając w 60 minucie Lella podwójnie świętował: swój debiut w oficjalnym spotkaniu w pierwszej drużynie Bayernu oraz swój debiut w Pucharze Niemiec. Tydzień później zmieniając w przerwie kontuzjowanego van Buytena w spotkaniu z Fiorentiną, świętował swój debiut w Lidze Mistrzów. Wczoraj ponownie świętował podwójnie: debiutował w Bundeslidze oraz debiutował w pierwszym składzie Bayernu. Tak, tak 19-letni lewy obrońca to kolejny po Muellerze i Badstuberze młodzieniec wprowadzony do pierwszego zespołu. Z racji tego, że klasowych lewych obrońców w Europie jest jak na lekarstwo, a ci którzy są kosztują krocie dlatego też od samego początku (od styczniowego obozu w Dubaju) pokładam w Contento największe nadzieje. Ufam, że okaże się klonem wicekapitana drużyny - Lahma i będzie klasowym lewym obrońcą - wychowankiem Bayernu. Z Norymbergą zagrał poprawne 90 minut, za tydzień w spotkaniu z HSV dostanie kolejną szansę, ponieważ w tym spotkaniu będzie musiał jeszcze pauzować kontuzjowany van Buyten. Swoją drogą ciekawe, że nastolatek (jest jeszcze młodszy niż Mueller i Badstuber), który zaczyna przebojem wdzierać się do pierwszego składu Bayernu ma już swoją oficjalną stronę internetową, a takie gwiazdy jak Franck Ribery czy Arjen Robben takowych stron nie posiadają. Ten pół-Niemiec pół-Włoch to bezapelacyjnie największy bohater Bayernu w ostatnich 10 dniach.

 

Świetna seria się zakończyła ale inna trwa nadal. Od września Bayern nie zaznał smaku porażki w Bundeslidze. Ostatni raz FCB przegrał z HSV, z którym zmierzy się w... niedzielę. Swoją drogą porażka z Hamburgerem SV była jedyną porażką Bayernu w sezonie gdy na boisku przebywali wspólnie Robben z Ribery'm. Widać, że obaj to takie mini amulety dla drużyny, która z nimi w składzie przegrała tylko raz. Bez nich Bayern przegrał 3 razy. Co do samego meczu z HSV to ciekawe jak się zaprezentuje obrona Bayernu w starciu z Ruudem van Nistelrooy'em, który w moim osobistym rankingu sępów pola karnego zajmuje miejsce numer 3 po Inzaghim i Tonim. Obrona FCB zostanie przetestowana przez napastnika najwyższych lotów choć już mocno podstarzałego. Ale to za tydzień dopiero.

 

Wczoraj Bayern zawalił sprawę i jedynie zremisował z drużyną broniącą się przed spadkiem. Dziś Bayer nie wykorzystał szansy i nie odskoczył Bawarczykom w tabeli. Obie drużyny nadal mają tyle samo punktów, a bilans bramkowy mają niemal identyczny - różni się jedynie 1 golem na korzyść Bayeru. Największym przegranym jest prawdopodobnie Schalke, które przegrało 2:1 z Wolfsburgiem mimo, że prowadziło 1:0. Przez to uciekająca dwójka Bayer i Bayern mimo, że nie wygrała swoich spotkań to powiększyła przewagę nad Schalke do 4 pkt. Pomalutku ale jednak lider i wicelider Bundesligi odjeżdżają Schalke w tabeli, które musi już delikatnie spoglądać za plecy bowiem HSV nie śpi, a w Hamburgu marzą o Lidze Mistrzów.

 

Niemiecka prasa po "słabszych" zwycięstwach Bayernu i po remisie z Norymbergą mówi o zadyszce Bawarczyków. 13 zwycięstw i 1 remis w 14 ostatnich spotkaniach - jeśli tak wygląda "zadyszka" w wykonaniu FCB to na miejscu rywali bałbym się co będzie gdy Bayern złapie drugi oddech. Kolejne 3 miesiące ciągłych zwycięstw? Rachunek by się zgadzał: marzec, kwiecień, maj.

 

Bohater ostatnich 10 dni - Diego Contento

 

foto: tz-online.de, diegocontento.de,

 

 

22:18, footballtrocky , Bayern Monachium
Link Komentarze (1) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 16







Agencja Reklamowa, Jak sprzedać reklamę , dom reklamy


statystyka